Wilniuczka. Historia rodzinna z ulicy Fabrycznej

Publikujemy pierwszą z rodzinnych opowieści, które trafiają do nas w ramach projektu „Żywicielka. Opowieści o krowach i ludziach”. Spisał ją pan Mariusz Derecki na podstawie wspomnień swojej Mamy, która jako dziecko przyjechała w 1946 roku z Wileńszczyzny do Białegostoku razem ze swoją matką Genowefą Szpak, bratem Oswaldem oraz krową nazwaną Wilniuczką. Autor opisał dzieje swojej rodziny szerzej w powieści „Błyski. Historia rodzinna”, którą publikuje na blogu wschody.blogspot.com. Tekst zamieszczamy w wersji Autora, dziękując za zaufanie i za fotografie z rodzinnego archiwum.

W roku 1946, moja świętej pamięci Mama, razem ze swoją Mamą, a moją Babcią – Genowefą Szpak, i rodzonym bratem – Oswaldkiem Szpakiem, zmuszona była opuścić swoją rodzinną wieś – Adamowce, w powiecie postawskim województwa wileńskiego. Nowe sowieckie władze wymuszały na obywatelach polskich przepisywanie się na inne narodowości niż polska. Mogła być to każda inna narodowość, byle tylko nie polska. Dom Genowefy Szpak, jak i wiele innych we wsi Adamowce, nachodził tzw. priedsedatiel tworzonego kołchozu. Ten mężczyzna, noszący się jak typowy enkawudzista, groził i zastraszał Genowefę, żądając od niej wpisania w dokumentach narodowości innej niż polska. Babcia, chcąc uniknąć z nim spotkania, ukrywała się nocami na pobliskim cmentarzu, w stogach siana, co w konsekwencji skutkowało utratą zdrowia, a w nieco dalszej przyszłości przedwczesną śmiercią. Po pewnym czasie Genowefa uzyskała informację o tym, że znajduje się na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR.

Udało się Babci kupić dokumenty od mężczyzny z którejś z sąsiednich wsi, który miał również córkę i syna w wieku zbliżonym do dzieci Genowefy, oraz żonę, i zrezygnował z wyjazdu do Polski. Ten krok miał ich uchronić przed zatrzymaniem i wywózką.

Decyzja o wyjeździe do nowej Polski zatem zapadła. Genowefa spakowała to co najważniejsze, w tym przygotowany zawczasu suszony chleb, posrebrzany krucyfiks, obraz przedstawiający żywot Świętej Genowefy, i pociągiem przez Wilno wyruszyła z dziećmi w stronę polskiej granicy. Ale zabrała też ze sobą krówkę, którą nazwano Wilniuczką. Pociąg jechał do miejsca przeznaczenia miesiąc. Dziwną trasą, bo przez Kraków.

Po tej długiej podróży, wierząc, że powrót w rodzinne strony będzie jeszcze kiedyś możliwy, Genowefa wraz z dziećmi i krówką Wilniuczką osiadła w Białymstoku. Uważała, że stąd będzie miała bliżej do Adamowców i gdy nadarzy się taka okazja, będzie mogła tam sprawnie powrócić. Jej rodzony brat – Władysław, pozostał w Mosarzu, twierdził, że tam była i będzie Polska.

A tymczasem w Białymstoku, Genowefa otrzymała z przydziału skromną izdebkę w starym drewnianym domu, wzniesionym z kolejowych podkładów przy ulicy Fabrycznej w Białymstoku. Dom pamiętał jeszcze czasy carskie. Jak większość domów w okolicy, stał w otoczeniu dużego ogrodu, dorodnych drzew owocowych i wielobarwnych kwiatów.

W tym wielkim ogrodzie pasła się krówka Wilniuczka.

W nowym miejscu, mając na utrzymaniu dwójkę dzieci, Genowefa rozpoczęła poszukiwanie pracy. Zanim ją jednak znalazła, potrzebowała środków na zakup żywności i codzienne bieżące wydatki. Jedynym co mogła spieniężyć była krówka. Decyzja o tym nie przyszła jej łatwo. Wszyscy byli bowiem do krówki przywiązani, i sama Genowefa i jej dzieci. Rzeczywistość zmuszała jednak do podejmowania trudnych, bolesnych wyborów.

Krówka została sprzedana gospodarzowi ze wsi Bagnówka (obecnie dzielnica Białegostoku). Płaczom dzieci nie było końca.

Ale jakież było zdziwienie, gdy następnego dnia po dokonanej sprzedaży, krówka stała pod domem i radośnie muczała. Uciekła od swojego nowego gospodarza, samodzielnie pokonała drogę z powrotem na Fabryczną i wróciła do swoich ludzkich przyjaciół. Trasa ta mogła liczyć około 5 km. W domu wybuchła wielka radość, po której przyszła jednak chwila zastanowienia, przynajmniej po stronie Genowefy. Pieniądze zostały bowiem zapłacone, krówka miała już nowego właściciela. Genowefa zdecydowała zatem, że Wilniuczkę należy odprowadzić do Bagnówki. Dzieci musiały po raz drugi, w tak krótkim odstępie czasowym, przeżywać ból rozstania ze swoim ukochanym zwierzakiem, a i sama Genowefa nie potrafiła ukryć łez. W okresie wojennym i powojennym dzieciństwo kończy się z reguły szybciej.

Zawsze wzruszała mnie ta historia. Zwykła, prosta, o trudnych wyborach. Opisałem ją w przygotowanej powieści, która powstała na podstawie wspomnień mojej Mamy.

Fot. Mama pana Dereckiego (pierwsza z prawej) z koleżanką.
Zdjęcie na podwórku domu przy ul. Fabrycznej 75 w Białymstoku, 1952 r.
Autor nieznany, archiwum M. Dereckiego.

Dodaj komentarz